"RAFAŁ KURMAŃSKI - BRYLANCIK Z ZIELONEJ GÓRZY"
Kolega nie mógł, więc to ja w deszczowe piątkowe popołudnie
2004 r. poszedłem na sparing ZKŻ-u quick-miksu Zielona
Góra z Atlasem Wrocław. Popadało, na torze zrobiło się
ślisko i nikt za bardzo się nie rozpędzał. Trening skończył
się przed czasem, bo na prostej fiknął sprowadzony awaryjnie
Tomasz Kruk.
Kibice gwizdali, bo zapłacili, a tu taka lipa. Biegłem
do parkingu, żeby zamienić dwa słowa z Kurmańskim. Miał
być naszym filarem w klasyku z Unią Leszno...
Siadaj mały!
- To było na zajęciach szkółki. Stał taki mały. Powiedziałam:
siadaj na oponach - Alicja Skowrońska wyłapała perełkę,
kiedy robiła zdjęcie w parkingu Falubazu. Mały, uśmiechnięty
chłopak miał w przyszłości oczarować fanów zielonogórskiej
drużyny.
Trener i sędzia Aleksander Janas dokładnie pamiętał,
jak "Kurmanek" zdawał egzamin na licencję, pierwszy
wygrany wyścig. W opinii doświadczonego szkoleniowca,
miał niespotykany instynkt, dar przewidywania sytuacji
na torze i bardzo szybko się uczył. Inni kilka razy popełniali
ten sam błąd, a on z marszu korygował niedociągnięcia.
- Rafał napędzał się po zewnętrznej, a przeciwnik stracił
panowanie i upadł wprost pod jego koło. Instynkt podpowiada
w takiej chwili, że trzeba hamować, a on odkręcił gaz
i uciekł, zanim motocykl rywala znalazł się na jego drodze
- wspominał Janas.
Nigdy nie zapomnę
Kurmański nie miał szczęścia do zawodów indywidualnych.
Brylował wśród krajowych młodzieżowców, ale nie odniósł
większych sukcesów na arenie międzynarodowej. Za to w
lidze kroił największe sławy. Szarże pod płotem stały
się jego znakiem rozpoznawczym. Ukryty głęboko za kierownicą,
wjeżdżał tam, gdzie inni widzieli już tylko płot.
Właśnie tak chłopak z Zielonej Góry przemknął gnieźnieńskiej
parze, kiedy w 2002 r. walczyliśmy o miejsce w ekstraklasie.
A pojedynek z Polonią Bydgoszcz i atak na Tomasza Golloba?
- Nigdy w życiu tego nie zapomnę - mówił niedawno jeden
ze starszych fanów.
Finezja i łatwość, z jaką "Kurmanek" przeprowadzał
akcje, nie uszły uwadze komentatorów. Nasz junior wyskakiwał
z rezerwy i wygrywał mecze. "Fenomen", "talent",
"rewelacja" - kariera skromnego chłopaka z blokowiska
nabierała rumieńców.
- Świetnie rozgrywał wyścigi, nawet jeśli gorzej wystartował,
potrafił dobrze zaatakować. Po prostu widział cały tor
- wspominał Kurmańskiego Wojciech Dalewski, pierwszy sponsor.
Kap, kap...
Ale była też druga strona sportowca, ta bez oddzielającego
od codzienności kevlaru i motocykla, na którym można uciec.
Dawni znajomi wspominają, że zaczął się zmieniać, kiedy
podpisał pierwszy zawodowy kontrakt. O ile na torze był
królem, o tyle zarządzanie firmą przerosło jego możliwości.
Nieufność do otoczenia pogłębiała frustrację. Nie chciał
pomocy z zewnątrz, a grono "poklepywaczy" utwierdzało
go w przekonaniu, że idzie dobrą drogą.
Niektórzy do dziś uważają, że dramat jednego z najlepiej
zapowiadających się polskich żużlowców rozegrał się wyłącznie
w maju 2004 r. A przecież presja narastała z każdym przegranym
meczem i niepowodzeniem.
Wrażliwość "Kurmanka" została wystawiona na
próbę choćby wtedy, kiedy "motorki" nie chciały
chodzić, jak należy. Popularność oszałamiała jak czysty
tlen, a jego dopływ stawał się coraz mniejszy.
- Bardzo źle odbierał krytykę i niedobrze reagował, jeśli
ktoś miał do niego pretensje - wspominał Dalewski.
Przyszłość pokazała, że Kurmański nie był gotowy na blaski,
a szczególnie cienie kariery. W nocy 30 maja 2004 r. czara
się przelała.
Jedno pytanie
... kiedy po feralnym treningu z Atlasem dotarłem w końcu
do parkingu, Rafała już tam nie było. Szybko się zwinął
i popędził załatwiać swoje sprawy. W niedzielę rano dowiedziałem
się, że nie będzie więcej okazji, by z nim porozmawiać.
A najważniejsze pytanie, które chciałbym mu zadać, jest
krótkie: dlaczego?
autor: Marcin Łada